Ciężko przejść obojętnie gdy jeden z największych polskich dzienników ogłasza "kampanie w sprawie ważnych dla mieszkańców". W artykule przywoływane są przykłady smutnego zderzenia z urzędniczym oporem, brakiem wiedzy, niechęcią itd. Bunt polskich miast.
Czy już się zaczął? Na pewno! Czy ten cykl w Gazecie wywoła "rewolucje"? Na pewno nie. Ale na pewno będzie kolejnym zastrzykiem energii do działania we "własnym ogródku", do walki o naszą wspólną przestrzeń, której nam przecież nikt nie urządzi tak jak my chcemy... zwłaszcza gdy nie zabierzemy głosu w tej sprawie. Na pewno będzie to kolejna kropla (całkiem spora), która drąży twardą skałę i być może przyspieszy zmiany, na które tak czekamy. Zmiany, które nie wynikają z za małych budżetów ale wynikają ze strachu przed wyjściem z pewnych ram, wynikają z braku perspektywy, z braku wizji.Aby wyrwać się z błędnego koła, w którym funkcjonują nasze miasta, potrzebujemy (my wszyscy jako społeczeństwo) mocnego kopniaka i to nie jednego. Myślę, że to właśnie może być jeden z tych ważniejszych kopniaków. Jeden z setek lub tysięcy ale bardzo ważny. Krok po kroku trafiamy do świadomości.
Nasze miasta to my! Jak nasze miasta wyglądają zależy od nas! To taki na prawdę fajny bunt. Bunt bez palenia opon i bez barykad. Taki bunt lubię :)
PS. Na pewno słyszeliście o przejściu dla pieszych na Placu Na Rozdrożu i o walce jaka została stoczona. Wygląda na to, że się udało. Bunt polskich miast przynosi skutek. Każde takie małe zwycięstwo to zwycięstwo tego Buntu. Buntujmy się więc bo warto, bo efektem tego Buntu jest fajne miasto. Nasze Fajne Miasto.